Ogrodzieniec – kamieniołom między Ogrodzieńcem a Bzowem -„Skała Rzędowa” – góra „Birów” – „Suchy Połeć” – Podzamcze

Krótsza niż zazwyczaj trasa wyszła nam tym razem. Ale nawet jeśli krótsza, to nie znaczy, że źle! Wręcz przeciwnie. Było bardziej „lajtowo” i równie przyjemnie dla oka. Ze względu na „Boże Ciało” czyli święto, woleliśmy nie ryzykować dojazdów do mniejszych miejscowości, dlatego z Zawiercia udaliśmy się busem prosto do Ogrodzieńca. Wysiedliśmy tam, by dróżką koło cmentarza, dojść do pobliskiego kamieniołomu, który znajduje się między Ogrodzieńcem właśnie, a pobliskim Bzowem (czyli de facto dzielnicą Zawiercia). Miejsce to odwiedzaliśmy już w marcu, ale wtedy nie było jeszcze tak zielono. Teraz szata roślinna dodała uroku. Obeszliśmy sporą część kamieniołomu, zrobiliśmy trochę zdjęć i posiedzieliśmy sobie dłużej, bo mieliśmy sporo czasu… 

Następnie ruszyliśmy w stronę Bzowa, a właściwie „Skały Rzędowej”.

Zależało nam bardzo na odwiedzeniu tego miejsca, gdyż pora jest odpowiednia na kwitnienie maków, a tam, gdy byliśmy ze dwa lata temu, pola były ich pełne. Tym razem zmieniono uprawy i maków nie było, poza resztkowymi kwiatkami, ale i tak widokowo „Skała Rzędowa” ujmuje. Zarówno sama skała i wzgórze, jak i panoramy, jakie rozciągają się wokół. Nie było wspinaczy, było cicho, spokojnie, pogoda dopisywała, dlatego mogliśmy spędzić tam więcej czasu na tak zwanym „lajcie”. Poleżeć, połazić wkoło, popatrzeć i posłuchać skowronków.

Kolejnym przystankiem na naszej trasie, była góra „Birów”. Dotarliśmy tam naszym „ukochanym” mega-piaszczystym, ciężkim do przejścia, czerwonym szlakiem, którego nawet nie było siły sfotografować…. Lekko „zmasakrowani” tą drogą i upałem dotarliśmy do góry „Birów”.

Był czas na lody dla ochłody, chwilę odpoczynku i ruszamy, by obejść całe wzgórze „Birów”. Pomijamy gród na szczycie i „łazimy” sobie wkoło tych masywnych, przepięknych formacji skalnych, obleganych już przez wspinaczy.

Obeszliśmy wszystko, posiedzieliśmy dłużej od strony prywatnej działki, tam, gdzie jest schronisko skalne, poobserwowaliśmy wspinających się …

Następnie, schodząc z góry „Birów” udajemy się w kierunku Podzamcza, ale jeszcze po drodze, skręcamy w lewo, w leśną ścieżkę na wzgórze „Suchy Połeć”, skąd roztacza się panorama Podzamcza z jednej strony, a z drugiej widok na górę „Birów”, w oddali nawet widać „Skałę Rzędową”, skąd przyszliśmy. Kawał drogi, choć wydawało się, że trasa krótka…. 😉 

Ostatni przystanek na trasie to już Podzamcze. Krótka piłka, czyli sklep z napojami, lody, chwila odpoczynku pod skałą „Adept” i powrót busem do Zawiercia.

DSC05798

Świetna, przyjemna trasa. „Lajtowo”, choć momentami intensywnie, ale widokowo przepięknie. Polecamy!

Zdjęcia: weeekendnaszlakublog

Reklamy

Pętelka: Łazy – Niegowonice i kamieniołom – wzgórze „Stodólsko” i „Kromołowiec” – Łazy

Zanosiło się na bardzo upalny dzień, ale stwierdziliśmy, że kto jak nie my, da radę? 😉 Kolejna piesza, długa trasa przed nami. Nie sztuką jest zrobić ją samochodem, ale przejść na własnych nogach w temperaturze około 37 stopni. Oczywiście byliśmy dobrze zabezpieczeni w stosowną ilość wody, przewiewne ciuchy, okulary, kremy z filtrem itp. Zresztą to już nie pierwszy raz taki „hardcore”… Czy się udało?  🙂

Ruszyliśmy. Najpierw pociągiem do Łaz. Stamtąd prosto, niebieskim szlakiem kierujemy się w stronę kamieniołomu „Niegowonice”. Samo „wyjście” asfaltowymi uliczkami z Łaz zajmuje już prawie godzinę, słońce daje w kość, a jest wczesny ranek.

W końcu pojawia się szutrowa droga, która prowadzi wprost do naszego pierwszego celu na trasie – kamieniołomu „Niegowonice”.

I oto jest ! Byliśmy tu już jesienią 2017r. Wtedy zauroczył nas swoją kolorową, jesienną szatą. Teraz jesteśmy już prawie latem. Owszem jest pięknie, choć inaczej – sama zieleń nie oddaje aż tak uroku skarp i urwisk, jak wtedy, kolorowe, jesienne liście. Siedzimy chwilkę z jednej strony kamieniołomu i podziwiamy.

Niemniej jednak, już nas korci, by udać się na przeciwną część wzgórza, na najwyższy (419 m.) punkt widokowy. Skręcamy ścieżką w lewo i potem w prawo, stopniowo podchodząc pod górę, cieszymy oczy widokami łąk, które otaczają kamieniołom. Wreszcie dochodzimy do punktu widokowego, skąd roztacza się wspaniała panorama. Tam chwilę siedzimy w cieniu i odpoczywamy.

Następnie, lokalną, polną ścieżką udajemy się do małej, urokliwej miejscowości Niegowonice, w której m.in. znajduje się zabytkowy kościół św. Franciszka z Asyżu. Powstał w 1802r. i z tego, co donosi internet: „Wewnątrz kościoła znajduje się m.in. łaskami słynący krucyfiks Pana Jezusa Miłosiernego (pochodzący z XVI w.), późnobarokowa chrzcielnica, a także cenne sprzęty liturgiczne: barokowe kielichy oraz monstrancja o cechach rokokowych i klasycystycznych, z początku w. XIX. Polichromia kościoła jest dziełem Antoniego Dawmonta i została wykonana w 1932 r. Drewniany ołtarz główny pochodzi z czasów współczesnych” (jura.slaskie.travel). Nie udało nam się niestety wejść do środka, by go dokładnie obejrzeć, gdyż akurat trwała msza – może następnym razem, bo na pewno warto.

Z Niegowonic wychodzimy boczną ścieżką w kierunku wzgórza „Stodólsko”, na którym również byliśmy podczas tej naszej jesiennej trasy sprzed dwóch lat. Wtedy nie dopisała nam zbytnio pogoda, trochę padał deszcz i mocno wiało. Teraz jest przepięknie. Rozciągają się wokół cudowne panoramy. Widać kawałek „Pustyni Błędowskiej”, zamek w Podzamczu, śląskie huty i w oddali dość mocno zarysowane pasmo gór, najpewniej Beskidów. Warto było, przepiękne miejsce widokowe, które polecamy. Nie udało nam się tam spędzić więcej czasu, gdyż słońce grzało niemiłosiernie, a na odkrytym wzgórzu ciężko było o cień. Zrobiliśmy sporo zdjęć.

Kolejnym przystankiem było wzgórze „Kromołowiec”, widoczne już też ze „Stodólska”. Szliśmy kawałek polną drogą, potem asfaltem, dość ruchliwą trasą, bo i miejsce często odwiedzane. Bardzo łatwo tam podjechać samochodem, jest niewielki parking tuż u podnóża i parę altanek do posiedzenia. Piękne miejsce, które „stoi” sobie niewzruszone jakby pośrodku dróg. Obeszliśmy wszystkie skałki, a potem już zrobiliśmy dłuższy odpoczynek w cieniu, po drugiej stronie wzgórza, gdzie miejsce jest mniej oblegane przez wycieczkowiczów i można w spokoju popodziwiać otaczające widoki. 

Ze wzgórza „Kromołowiec” udaliśmy się już w drogę powrotną do Łaz, ale nie asfaltem, a lasem. Trochę trzeba było pobłądzić i poprzedzierać się przez różne chaszcze, ale udało się nam dotrzeć do żółtego szlaku. Po drodze odwiedziliśmy jeszcze wzgórze „Mazurowa” z niewielkimi, ale bardzo ciekawymi formacjami skalnymi.

Chwila na odpoczynek i powrót do Łaz. Tak samo jak wyszliśmy z miasta, tak teraz do niego wchodzimy, czyli niebieskim szlakiem, mijając Rokitno Szlacheckie.

 

Zajmuje nam to znów ponad godzinę czasu, odkrytym asfaltem w najgorszym słońcu. Przyznaliśmy oboje, że ten fragment drogi zmęczył nas najbardziej. Przez kolejne dni odczuwaliśmy to w nogach 🙂 ale warto było. Jak zawsze udała nam się wyprawa. Zmęczenie minęło, a wspomnienia i zdjęcia zostają. I tym się właśnie tutaj z Wami chcemy dzielić. Polecamy tę trasę i już niebawem zapraszamy do kolejnego wpisu!

zdjęcia: weekendnaszlakublog

Żelazko – Hucisko – „Kwiecynek” – czyli pieszo ze Śląska do Małopolski….

Dzisiaj zaprosimy Was na wspólne przejście jednej z ostatnich naszych tras…Wyprawa ta planowana była już w ubiegłym roku, odwlekana w czasie, wciąż modyfikowana, dzielona na części…Wreszcie wypaliło…udało się spełnić nasze plany i oczekiwania. W ciągu jednego dnia udało się pieszo odwiedzić wiele miejsc, z czego większość to dla nas „nowości”. Jak w tytule wpisu widać, była to trasa na pograniczu województw: śląskiego i małopolskiego. Zaczęliśmy od znanej nam już doskonale, ukochanej wsi Żelazko w gminie Ogrodzieniec, doskonała „brama” wypadowa na Jurę. Nie raz tu byliśmy, zaczynając lub kończąc nasze wyprawy.

Opuszczamy Żelazko i udajemy się leśnymi drogami w kierunku Hucisk: Ryczówczańskie i Kwaśniowskie…Początkowo trasa wiedzie przez mroczny, zaciemniony las, co jakiś czas mijamy liczne tutaj wzgórza, wśród których kryją się małe wapienne skałki.

Pierwszym celem naszych poszukiwań był „Las Rząsawy” w pobliżu wsi Hucisko Ryczówczańskie. Tradycyjnie troche pobłądziliśmy, bo jednak mapy papierowe nie do końca odzwierciedlają obecne leśne drogi… Dzięki chwilowemu zabłądzeniu odnajdujemy ruiny tajemniczych obiektów, skrytych w lesie…

Odnajdujemy właściwą, leśną ścieżkę, którą dochodzimy do jednego z naszych celów poszukiwań…jest to mocno zalesione wzgórze „Las Rząsawy”…rzadko odwiedzane i znane.., nie prowadzą tu żadne szlaki i wygodne dróżki…trzeba błąkać i szukać…nam się udało…Wspomniane wzgórze kryje wiele sekretów jurajskich: schroniska, jaskinie, skały…odkrycie ich zajęło nam sporo czasu…dzikie to miejsce, gdzie słońce ledwo przedziera się przez gęsty las…

Ruszamy dalej… trasa wiedzie ulicami wsi: Hucisko Ryczówczańskie i Kwaśniowskie…trochę sztucznie dzielona wieś ze względu na podział administracyjny…czyli wkraczamy do Małopolski…

Kolejnym celem naszej wyprawy było wzgórze „Kwiecynek” leżące na krańcach wsi Kwaśniów…Miejsce mocno związane z legendą…jak sie okazuje, i z historią…Zachęcamy do poszukiwań info w necie…Miejsce to „wabiło” nas od dłuższego czasu..trasa zaplanowana już była 2 lata temu…Dotarliśmy wreszcie…odnaleźliśmy to tajemnicze, legendarne miejsce….Są skałki, jest schronisko…ślady dawnej pustelni…Wszystko się zgadza, jednak spotkało nas spore rozczarowanie…bowiem miejsce to zarasta w zastraszającym tempie, trudno tam dojść, wieczny mrok, krzaki…legenda zarasta, aż się prosi by „ratować” to miejsce dla turystów…

Zmęczeni mrokiem, krzakami…wychodzimy na pobliską łakę, gdzie spędziliśmy dłuższą chwilę, odpoczywając i planując dalszą część trasy.

Ruszamy dalej…zaczyna się teraz droga powrotna do wspomnianego na początku Żelazka. Powracamy jednak inną drogą, to nie koniec atrakcji na naszym szlaku…Kierujemy się lokalną drogą do Huciska Kwaśniowskiego…przepiękne miejsce, widoczki bajkowe…

Wkrótce powracamy do Huciska Ryczówczańskiego…jednak tylko przekraczamy tę wieś i kierujemy się do pobliskiego lasu, którym to postanowiliśmy powrócić do Żelazka. Nie ma tu wyraźnych dróg, tym bardziej szlaków…nasza droga prowadzi wzdłuż charakterystycznego rowu przeciwczołgowego…pretekstem tej trasy jest dla nas odnalezienie wielkiej naszej zaległości jaką jest jaskinia „Na Iwianie”…Błądzimy mrocznym lasem, wzdłuż wspomnianego reliktu II Wojny Światowej…tu mapa nie pomoże…idziemy na tzw. „czuja”…

Wkrótce dochodzimy do bardziej „skałkowych” wzgórz..zbliżamy się do Żelazka…Szukamy naszej zaległości, legendarnej już jaskini „Na Iwianie”, jedynego obiektu nam nieznanego w tym rejonie…Udało się…jest „Iwiana” ukryta wśród niepozornych, mrocznych skał…

Ładny, efektowny, jurajski obiekt zatrzymał nas dłużej….ale ruszamy dalej, czas jest dobry, ale jednak musimy być już w pobliżu Żelazka…”Bus” nie będzie czekał 🙂 Po drodze odwiedzamy znane już nam kolejne kompleksy skalne: „Zwierzyniec” i „Żelazny Mur”…piękne skały skryte głęboko w mrocznym lesie…znane głównie w środowisku wspinaczkowym.

Niestety…czas tej pięknej wycieczki się kończy…idziemy leśną drogą w stronę wsi Żelazko, mijamy jeszcze jedno piękne wzgórze a wkrótce dochodzimy do przystanku, na którym wkrótce podjedzie nasz powrotny „Bus”…

To tyle…koniec tej naszej, wyjątkowo długiej trasy…Pięknej, sycącej…a mimo to jakoś nie czuliśmy się zmęczeni…adrenalina jurajska nas poniosła…Następnym razem opis kolejnej trasy, która już sie odbyła…inny rejon i inna pogoda…:)

zdjęcia: weekendnaszlakublog

Pilica – kolonia Ryczów – Podzamcze

Jeden z „majówkowych” dni spędziliśmy w pięknych okolicznościach przyrody, rozpoczynając naszą pieszą trasę w Pilicy, do której jak zawsze dojechaliśmy niezawodnym busem z Zawiercia. Nasza wycieczka rozpoczęła się od spaceru koło zalewu w Pilicy, gdzie spędziliśmy miło kilka chwil rozkoszując się zielenią i nie tylko.

Pierwszym naszym głównym celem był cmentarz żydowski w Pilicy. Znajduje się on od strony osiedla „Wilcze Doły” i jest ogrodzony betonowym płotem z żelazną bramą. Nie jest łatwo go znaleźć, ale niedaleko znajduje się „Ośrodek Wypoczynkowy Spółki Energetycznej Enion” w Pilicy. Z historycznych informacji wiadomo, że założony w 1842r. cmentarz, został w czasach II wojny światowej mocno zdewastowany, wywieziono wiele nagrobków, a w 1945 r. niemiecka żandarmeria z Wolbromia rozstrzelała tutaj 70 Żydów z Pilicy. Niemniej jednak wiele macew się zachowało. Obrastają.

Wychodząc z samej Pilicy żegnali byliśmy takimi widokami.

Naszym kolejnym celem była „Skała Brzuchacka”, z którą chcieliśmy się po raz kolejny „przywitać”. Udało się. Robi wrażenie jak zawsze. Tym razem nasza wizyta zakończyła się malutkim piknikiem na szczycie. 

Następnie leśnym duktem, zielonym jak z bajki, ruszyliśmy w dalszą drogę.

Trochę błądzenia, szukania, ale udało się, kolejny nasz cel zaliczony. Skała „Szczebel” , znana w środowisku wspinaczkowym, choć położona w dość zarośniętym już miejscu, okazała się skałką bardzo urokliwą i o sporej wysokości. Kilka fotek, zachwytów i ruszamy dalej w stronę Kolonii Ryczów.

Po wyjściu z lasu otwiera się przed nami przestrzeń z niewielkim wzniesieniem o nazwie „Babia Góra”, z którego roztaczają się piękne widoki na Ryczów i w tle na rezerwat „Ruskie Góry”. Odpoczywamy napawając się nimi, choć silny wiatr nie pozwala nam zbyt długo tam siedzieć 🙂 dosłownie spychając nas w dalszą drogę. 

Ruszamy zatem szlakiem do Podzamcza, by tam zakończyć naszą wycieczkę. Po drodze oczywiście zahaczamy o „Skalne Miasteczko”, cieszymy się jak dzieci, podziwiając skały, które widzieliśmy już milion razy 🙂 Chwila odpoczynku i zwijamy się na bus do Zawiercia, pełni energii, którą zawsze dają nam takie wycieczki i jednocześnie zmęczeni kilometrami, jakie znów zrobiliśmy. No ale, jak zwykle w planach mamy już kolejne trasy, o czym niebawem! Zapraszamy 🙂

zdjęcia: weekendnaszlakublog

Kromołów – Piecki – Skarżyce – Kromołów

Kolejna wyprawa wiosenna na Jurę…Coś nowego dla nas, bowiem rozpoczęliśmy naszą wędrówkę od Kromołowa – dzielnicy Zawiercia, kiedyś samodzielnej, wiekowej miejscowości. To tu biją źródła Warty…

Jak się okazało to doskonała „brama” na Jurę…Rozpoczęliśmy naszą trasę „zielonym”, pieszym szlakiem, który prowadzi prosto do Skarżyc – celu naszej wycieczki, jednak zboczyliśmy z niego i polnymi drogami skręciliśmy w stronę miejscowości Piecki.

Towarzyszyły nam piękne, wiosenne widoki…zielone pola, kwitnące drzewa…pierwszym celem naszej wyprawy było skalne wzgórze górujące nad wspomnianą miejscowością Piecki…malownicze miejsce z dobrym punktem widokowym sięgającym nawet skał w Rzędkowicach. Tu nastąpił dłuższy postój, czas na zrobienie większej ilości zdjęć…

Następnie błądziliśmy polnymi miedzami, smagani silnym wiatrem a celem było odwiedzenie kolejnego, bezimiennego wzgórza…bowiem z daleka widać było jakieś skałki…Skałki okazały się małe, jednak miejscówka piękna, z której to roztaczają się przepiękne widoki.

Opuściwszy to piękne miejsce, kierujemy się szlakiem w stronę drogi asfaltowej łączącej Piecki i Skarżyce…Ale zanim doszliśmy do samych Skarżyc zboczyliśmy przez łąkę do widniejących wyraźnie skał..które były kolejnym celem naszej wyprawy…To Skały „Chełm”…piękne ostańce z doskonałym punktem widokowym na okolicę.

Piękne to miejsce, efektowne wapienie…ładne schronisko i widoki…te przepiękne widoki…:)

Wracamy na wspomnianą, asfaltową drogę i podążamy dalej do Skarżyc…

Skarżyce nasze ukochane…jako miejscowość tym razem stanowiły tylko tło dalszej trasy, punktu docelowego, którym był wybitny skalny ostaniec „Okiennik Wielki”

Cel główny tej wycieczki..”Okiennik Wielki” osiągnięty…spędziliśmy tam dłuższą chwilę sycąc się widokami, skałami…a ze to był 2 dzień Świąt Wielkanocnych to i akcent odpowiedni się pojawił co widać na załączonych obrazkach 🙂

Z żalem opuszczamy to przepiękne miejsce, obiecując sobie, że przy okazji kolejnej wycieczki wrócimy tu….no ale cóż..czas zleciał, czas na powrót do Kromołowa skąd miejski zawiezie nas do Zawiercia, skąd znowu rozjedziemy się do naszych domów…

Ale to nie koniec wbrew pozorom atrakcji…”zielonym”, pieszym szlakiem kierujemy się do wspomnianego Kromołowa a po drodze…takie widoki…

Przecudna wycieczka…która w planach zrodziła następną…:) Zachęcamy do przejścia naszej trasy…gwarancja zadowolenia 🙂

zdjęcia: weeekendnaszlakublog

Ogrodzieniec – Bzów – Podzamcze

      Drugi weekendowy wypad obfitował w wiele, nowych dla nas odkryć jurajskich. To byla bardzo fajna wyprawa, już nawet nie pod kątem kilometrów jakie przeszliśmy piechotą (a było ich ze 20 na pewno) ale pod kątem, tego co widzieliśmy!

Wysiedliśmy w Ogrodzieńcu, bo zaplanowaliśmy sobie spacer nad pobliski kamieniołom mieszczący się właśnie między Ogrodzieńcem, a dzielnicą Zawiercia – Bzowem. Kamieniołom okazał się świetną miejscówką i na pewno jeszcze tam wrócimy inną porą roku, gdy będzie bardziej zielono, lub też już bardziej jesiennie, żeby kolory grały.

      Pobliski Bzów zaskoczył nas bardzo przyjazną energią atmosferą, która sprawiła, że chcemy tam jeszcze wrócić. Kilka starych budynków, przyjemne uliczki, źródła Czarnej Przemszy, stary dworek wzniesiony na przełomie XVIII i XIX w, w niestety dość kiepskim wizualnie stanie, zatrzymały nas na chwilę.

Kolejnym punktem była „Skała Rzędowa”, ale…. nagle…. odbiliśmy nieco ze ścieżki, bo oczy nasze przykuła piękna skałka na niewielkim wzgórzu, z którego roztaczał się cudowny widok na okoliczne pola. 

      Do „Skały Rzędowej” w końcu nie poszliśmy, znamy to miejsce już dobrze, a nie poszliśmy bo objawił nam się, a własciwie przypomniał inny cel: odszukanie, obitej niedawno skały „Krzewiny”, która znajduje się w pobliskim lesie. Postanowiliśmy udać się miedzą i polami, zostawiając w tyle „Skałę Rzędową”.

     No i jest…”Krzewiny” odnalezione! Skałą zrobiła na nas super wrażenie.

Kolejnym celem był rejon skały „Lemur” i pobliskich skałek „Duże” i „Małe Jajo”. Wreszcie się udało! Już kilkakrotnie w zeszłych latach próbowaliśmy przedostać się przez chaszcze i las, by dotrzeć do tego miejsca, nie udawało się, bo nie mogliśmy odnaleźć drogi, drzewa zasłaniały, krązyliśmy nie tam gdzie trzeba było… No ale w końcu udało się! „Lemur” okazał się również świetną miejscówką, gdzie chwilkę popstrykaliśmy.

…. przy okazji natrafiając na bezimienną (chyba) skałkę nieopodal. Co za miejsce! Podobało się nam bardzo, tym bardziej, że już dwa razy próbowaliśmy odnależć „Lemura”.

     Już cali przeszczęśliwi skierowaliśmy się w stronę Podzamcza, do czerwonego, znienawidzonego przez nas lekko, ze względu na bardzo piaszczystą strukturę, szlaku. Ciężko się tym odcinkiem idzie, szczególnie kiedy już się jest bardzo zmęczonym. Na chwilkę odbiliśmy w lewo, w górę, by przysiąść, odpocząć i spojrzeć na okoliczne pola…

Chwilę potem, powracając na czerwony szlak właściwie liczyliśmy już tylko na to, by dojść do Podzamcza i zdążyć przed deszczem. Ale nie! Kolejna niespodzianka! Idziemy, idziemy, spojrzenie w górę, a tam w lesie, majaczą jakieś kształty, jakby skały! Jest! Kolejny szukany przez nas kiedyś cel: Lisia Góra! Co za skałki! szczeliny, schronisko, okienka, dziurki, jamki – niezwykłe formy, zachwycające! To było już nasze „opus magnum”, zachwytom nie było końca! „Opstrykaliśmy” wszystko co możliwe…wykrzykując co rusz nasze zachwyty!

Niestety trzeba było ruszać dalej. Nasyceni widokami i wrażeniami, zmęczeni wróciliśmy na „piachy” czerwonego szlaku, by udać się już w stronę „Góry Birów”. Po drodze złapał nas lekki deszcz, więc darowaliśmy już sobie Birów i udaliśmy się prosto do Podzamcza, by chwilkę odpocząć i skryć się w altance koło skały „Adept”. Posilić się, ogrzać herbatką z termosu i poczekać na bus do Zawiercia.

Ta sobota była dla nas wyjątkowa pod kątem nowości. Świetna wycieczka!!! Zmęczeni ale szcześliwi wróciliśmy do domu.

57258146_2388135911418444_7422861711318712320_n

czerwone kropeczki na mapie to nasza trasa.

zdjęcia: weeekendnaszlakublog

Rozpoczynamy nowy sezon w Podzamczu

   Nareszcie nadszedł odpowiedni czas i dobra pogoda na rozpoczęcie naszego, tegorocznego sezonu. Czekaliśmy dość długo, przebieraliśmy nogami, by móc wreszcie wyruszyć na szlak. No i stało się. Ostatni dzień marca powitaliśmy w Podzamczu na tak zwanym „lajcie”. Tym razem nastawiliśmy się na dokładniejsze spenetrowanie terenu wokół zamku i odwiedzenie okolicznych skałek, dobrze znanych w środowisku wspinaczkowym, a rzadko odwiedzanych przez turystów, którzy skupiają się głównie na ruinach zamku. My jednak wolimy te bardziej nieoczywiste lub mniej odwiedzane miejsca 🙂

  Pierwszym miejscem jakie odwiedziliśmy z samego rana było Sanktuarium Matki Bożej Skałkowej w Podzamczu, znajdujące się przy drodze prowadzącej z Ogrodzieńca do Pilicy. Kaplica umiejscowiona w naturalnym, skałkowym otoczeniu ma swój urok i pierwszy raz udało nam się zobaczyć to miejsce zobaczyć z bliska.

  Po drugiej stronie drogi, skręcając w boczną uliczkę, doszliśmy do imponującego wzgórza Suchy Połeć (433,5 m). Jest to zarówno świetne miejsce dla wspinaczy, bo i skały tam masywne, ale też i punkt widokowy na zamek. Na wzgórzu znajduje się też kilka pomniejszych, bezimiennych skałek oraz bunkier niemiecki z czasów II wojny światowej. 

  Kolejnym etapem naszej wycieczki były już tereny wokół zamku zwane Skalnym Miastem. To tam jest raj dla wspinaczki, a ścieżki prowadzące wśród masywnych skał, o stromych ścianach robią wrażenie.

Ciekawy jest też teren wokół Hotelu Poziom 511, bo i on wtopiony jest w skałkowe otoczenie.