Żelazko – „Świniuszka” – Rodaki – czyli; tam nas jeszcze nie widzieli…

To była nasza ostatnia listopadowa wyprawa. Pogoda wyjątkowo dopisała, przez co sobotnia wycieczka dosłownie nabrała kolorów…Wymyśliliśmy sobie trasę w nowe dla nas rejony, tzn. częściowo nowe, bo część już znamy doskonale. W Zawierciu wsiadamy w busa i dojeżdżamy do znanej nam i wspominanej w naszych wcześniejszych wpisach, wsi Żelazko koło Ryczowa w gminie Ogrodzieniec. Z miejscowego przystanku, czarnym, pieszym szlakiem ruszamy w drogę. Kierunek: południowy zachód w stronę wzgórza „Świniuszka”, a następnie wsi Rodaki. Coś dla nas nowego, tam nas jeszcze nie widzieli…po raz pierwszy przekroczymy granicę z województwem małopolskim. Początkowo droga prowadzi drogą wśród lokalnych pól i łąk, by następnie wejść w malownicze lasy.

 

Po jakimś czasie leśny krajobraz zmienia się na bardziej jurajski, pojawiają się jary, lasy bardziej bukowe, a wkrótce pojedyncze wapienne skałki. Piękne, tajemnicze klimaty, dodatkowo poranna mgła i jesienne kolory…

 

Docieramy do asfaltowej drogi krajowej łączącej miejscowości Ogrodzieniec i Klucze i wzdłuż niej wyraźną ścieżką podchodzimy pod kulminacyjny szczyt wzgórza „Świniuszka”. Po prawej ręce mamy wspomnianą drogę, po lewej rozciąga się kompleks wapiennych ostańców.

 

Opuszczamy wzgórze „Świniuszka”, przekraczamy wspomnianą drogę asfaltową i lokalną, leśną drogą ruszamy w kierunku wsi Rodaki, celu naszej wyprawy. Wkrótce docieramy do pierwszych zabudowań…Sporo drewnianej zabudowy i starych opuszczonych budynków dodają uroku tej wsi. Poza wspomnianymi wieś znana głównie zabytkowej kapliczki – figury św. Antoniego Padewskiego (co uwiecznił na swym obrazie Wojciech Kossak) oraz drewniany kościół św. Mikołaja z 1601r, który w nienaruszonym stanie stoi w centrum wsi, szkoda tylko, że zamknięty i niedostępny dla przypadkowych turystów…

 

Po zwiedzeniu wsi Rodaki udaliśmy się czarnym szlakiem na okoliczne wzgórze w kierunku wsi Chechło, skąd rozciągają się piękne widoki na okolice, na wszystkie strony świata. Przy dobrej widoczności widać miejscowości: Rodaki, Ryczówek, a nawet Kwaśniów z jednej strony, na południu: Chechło, Błędów, pustynię błędowską, Niegowonice, Małopolskę, Beskidy a nawet część Tatr…Spędziliśmy tam dłuższą chwilę, odpoczywając, posilając się i „pstrykając” fotki.

 

Po dłuższym pobycie na wspomnianym wzgórzu ruszamy w drogę powrotną do Rodaków a następnie pięknymi, leśnymi dróżkami w kierunku Żelazka. Słońce osiągnęło swoje apogeum i chylą się ku zachodowi pięknie oświetlało nam drogę uwypuklając jesienne kolory…

 

Po drodze mijamy piękny jar, na dnie którego płynie mały potok „Minóżka”, biorący swój początek ze „Źródła Miłości”.

 

Droga powrotna prowadzi ponownie przez wzgórze „Świniuszka”, tylko z innej mnie ‚skałkowej” strony. Wkrótce dochodzimy do znanej nam drogi leśnej, którą rozpoczęliśmy naszą trasę i którą docieramy do wsi Żelazko, na przystanek, na którym czekamy na busa…

 

I to w zasadzie mógłby być koniec naszej wycieczki…bus do Zawiercia nadjechał…Ale nie, „odbiło” i wysiedliśmy w Podzamczu spędzając kilka chwil u podnóża zamku, przy zachodzie słońca i podczas zmroku…To tyle, piękna wycieczka otwierająca dla nas nowe horyzonty. Polecamy wszystkim powtórzyć naszą trasę, my powrócimy odwiedzając kolejne miejsca…plany już są 🙂

 

Reklamy

Droga na wzgórze „Kromołowiec” – nasze nowe rejony…

Ostatnia nasza, październikowa wycieczka to zupełnie coś nowego…Po raz pierwszy wyprawiliśmy się poza nasze znane rejony. A wystarczyło pojechać pociągiem jedną stację dalej niż Zawiercie (jedna z naszych „bram” na Jurę) i wysiąść na stacji Łazy, spojrzeć na mapę i zaplanować fantastyczna wycieczkę…Trasa w skrócie wyglądała tak: Łazy PKP – kamieniołom „Niegowonice” – wzgórze „Stodólsko” – wzgórze „Kromołowiec” – leśny szlak powrotny do Łaz obok wzgórz „Okrąglica” i „Żydowskie”. Dużo pagórków, piękne punkty widokowe, klimatyczne lasy (grzyby po drodze), jurajskie ostańce na wzgórzu „Kromołowiec”. Pogoda w kratkę…z rana słońce, w południe pochmurność, a następnie znowu ładne słonce…Nie wszystkie fotki wyszły jak byśmy sobie wymarzyli…co stanowi dodatkowy pretekst by tam powrócić. A zatem wysiadamy na stacji PKP w Łazach, krótka wizyta w pobliskim sklepie i ruszamy w drogę, Idąc uliczkami miasteczka, trzymając się niebieskiego pieszego szlaku.

Opuściliśmy wreszcie zabudowania Łaz, opuszczając wspomniany, niebieski szlak i podążyliśmy lokalną szutrową drogą w kierunku kamieniołomu „Niegowonice”, pierwszego zaplanowanego miejsca tej wycieczki. Dotarliśmy tam wreszcie i chwilę zatrzymaliśmy się na jednym z punktów widokowych, krótki odpoczynek i kilka fotek…jest to znane, popularne miejsce terenowych rajdów „off road”, akurat trafiliśmy na jedną z imprez…

Po chwili odpoczynku okrążamy kamieniołom, by dojść do kulminacyjnego punktu widokowego 419m n.p.m.), skąd rozciągają się piękne widoki na Śląsk, a że słonko akurat wyszło i jesień w pełni, udało się „pstryknąć” kilka ładnych fotek.

Opuszczamy kamieniołom i ruszamy lokalna polna ścieżką w kierunku miejscowości Niegowonice. Kolejnym przystankiem jest wzgórze z wapiennym ostańcem „Snopkowa”…nieduża skałka, na szczycie której znajduje się dobry punkt widokowy na okolicę.

Schodzimy ze wzgórza i lokalną dróżka podążamy w kierunku wspomnianych Niegowonic, droga prowadzi wzdłuż cmentarza by wyjść na główna drogę. Dochodzimy do kościoła, pstrykamy kilka fotek i podążamy boczna dróżką na wzgórze „Stodólsko” – świetny punkt widokowy na pobliska okolicę oraz dalsze rejony: Śląsk, Pustynię Błędowską i dalsze rejony Małopolski…Pogoda nam nie dopisała w tym momencie, zatem fotki nie odzwierciedlają tego tak jak powinny…

Opuszczamy wzgórze „Stodólsko” i polną drogą docieramy do głównej, ruchliwej drogi asfaltowej, którą docieramy do głównego punktu naszej wyprawy: wzgórza „Kromołowiec”. Jest to popularne miejsce, często odwiedzane przez turystów, bowiem leży bezpośrednio przy wspomnianej drodze. Ładny punkt widokowy, efektowne wapienne skałki…czas na dłuższy odpoczynek i więcej fotek.

Po dłuższym pobycie wśród ostańców „Kromołowca” opuszczamy wspomniane wzgórze i błąkając leśnymi dróżkami (grzybki się przydarzyły), docieramy do niebieskiego szlaku i podążamy nim w drogę powrotną do Łaz, Początkowo droga prowadzi ładnymi, typowo jurajskimi lasami, by następnie wyjść na kolorowe łąki w okolicy przysiółka Pasieki.

Wkrótce przekraczamy drogę krajową nr 790 i niebieskim szlakiem poprzez ładny las (znowu kilka grzybów) docieramy do stacji PKP w Łazach, skąd rozpoczęliśmy nasza trasę a teraz wracamy zmęczeni ale pełni wrażeń. Trasa warta polecenia, my na pewno powrócimy…:)

Korwinów -> Olsztyn (Biakło)

Ostatni wrześniowy weekend spędziliśmy na szlaku prowadzącym leśnymi drogami z Korwinowa do Olsztyna. Z dworca PKP udaliśmy się czarnym szlakiem Barbary Rychlik w malowniczą leśną trasę, skupiając się głównie na grzybobraniu, gdyż na tym nam zależało. 

W Korwinowie przechodząc przez kładkę i pod wiaduktem kolejowym skręcamy w leśne dróżki, które obfitują jeszcze zielenią i różnymi grzybami, jakie udaje nam się zebrać i „opstrykać”. Kilka przystanków po drodze na posilenie się i odpoczynek, babie lato jako idealny obiekt do sfotografowania i ruszamy w drogę dalej.

Idziemy cały czas lasem, ciesząc się z pięknej pogody i wkurzając na ciągle postępującą wycinkę drzew. Wchodzimy w teren leśny,  lekko „wąwozowaty”, którym najprawdopodobniej kiedyś płynęła rzeka. Idziemy dalej, a grzybów przybywa.

Nasza trasa kończy się w Olsztynie, wychodzimy od strony parkingu i udajemy się ścieżką w stronę Biakła, podziwiając po drodze pasmo Sokolich Gór. Odpoczynek, zadowolenie, grzybobranie udane, widoki po drodze również, pogoda dopisała. Byliśmy bardzo zadowoleni z naszej wycieczki. Nie był to jakiś straszny „hardkor” ale kilometrów w butach i tak sporo zrobiliśmy.

zdjęcia : weekendnaszlakublog.

Biskupice- Siedlec – Pabianice – Zrębice – Olsztyn…prawie zgon na szlaku :)

To była jedna z wrześniowych sobót… Pogoda niepewna, prognozy mówiły o jej poprawie, jednak nasz dzień zaczął się od deszczu, który musieliśmy przeczekać na przystanku autobusowym. Mimo niepewności o pogodę zdecydowaliśmy się na długą wyprawę… Z Częstochowy miejskim autobusem dojechaliśmy do ostatniego przystanku w malowniczej, bardzo lubianej przez nas miejscowości Biskupice k/Olsztyna. I właśnie tutaj, na ostatnim przystanku musieliśmy kilka chwil przeczekać deszcz. Prognozy z lekkim opóźnieniem się sprawdziły, wyszło słońce….można ruszać w drogę. A trasa wyjątkowo długa, pieszy hard core… prawie zgon na trasie 😀

Wyruszyliśmy z Biskupic zielonym, pieszym szlakiem w kierunku wsi Krasawa, a docelowo do wsi Siedlec Janowski. Piękne wiejskie klimaty, okoliczności przyrody…

Po opuszczeniu wsi Biskupice, szlak prowadził nas lasami i polami, przy okazji trafiło się kilka grzybów 🙂

Minęliśmy jeden las, dochodząc do wsi Krasawa, gdzie szlak przekroczył lokalną drogę asfaltową i za domami poprowadził nas kolejnym, pięknym lasem (kolejne grzybki). Z upływem czasu, z każdym kolejnym kilometrem zauważamy zmianę klimatu, krajobrazu, coraz więcej piachu…zbliżamy się do wsi Siedlec Janowski…

Wypogodziło się na dobre, słonecznie i wręcz gorąco…idziemy dalej…. w oddali słychać warkot motorów i quadów… niestety, to ostatnio też część Jury, zwłaszcza tu… dochodzimy bowiem do „Pustyni Siedleckiej”, jednej z dwóch na Jurze, głównego celu naszej wyprawy. Wdrapaliśmy się na szczyt piaszczystego wzgórza, robiąc dłuższy odpoczynek, spożytkowany na skromny posiłek, podziwianie krajobrazów i oczywiście na „pstrykanie” mnóstwa fotek.

Piękne, klimatyczne to miejsce, ładne widoki, nietypowo jak na Jurę ale jednak to Jura… w pobliżu Janów, Złoty Potok, Suliszowice. Ruszamy dalej… schodzimy ze wspomnianego, piaszczystego wzgórza i dochodzimy do asfaltowej drogi na końcu wsi w okolicy dawnego Rancha „Piekło”. Mijamy ostaniec „Skała Garncarzowa” i za chwilę opuszczamy asfaltową drogę, skręcając w lewo w lokalną kamienistą drogę.

Po chwili dochodzimy do drogi asfaltowej, łączącej Siedlec z miejscowością Pabianice i w zasadzie moglibyśmy iść tą drogą… ale nie… wydłużyliśmy trasę wchodząc w las zgodnie z niebieskim rowerowym szlakiem w kierunku Złotego Potoku. Droga prowadziła leśnym duktem zwanym „Drogą Klonową”.

Wkrótce dochodzimy do miejsca, gdzie wspomniany dukt leśny przecina czerwony szlak pieszy. Skręcamy w lewo i podążamy teraz wspomnianym szlakiem. Po drodze odkrywamy skryte w lesie, zarośnięte krzakami wapienne ostańce. Wśród nich jedna szczególnie się wyróżnia, znajdują się tu nawet efektowne schroniska skalne… oczywiście chwilowy postój 🙂

Jesteśmy na obrzeżach wsi Pabianice, idziemy dalej czerwonym szlakiem, najpierw przez przysiółek Pabianice – Bruś, a następnie lasami w kierunku znanej już nam wsi Zrębice.

Nieźle już zmęczeni dochodzimy wreszcie do wspomnianej wsi Zrębice, której poświęciliśmy sporo miejsce we wcześniejszych wpisach. Mijamy drewniany kościół i skręcamy w lewo, w lokalną drogę zgodnie z niebieskim pieszym szlakiem. Mijamy znaną nam i opisaną już tutaj kapliczkę Św.Idziego i leśną już drogę, zgodnie z niebieskim szlakiem.

Wkrótce, naprawdę już mocno zmęczeni do skałek „Św. Idziego”, urokliwego. leśnego wzgórza usianego niedużymi ostańcami. Tutaj nastąpił zasłużony odpoczynek.

Opuszczamy ustronne miejsce i podążamy dalej leśną drogą w kierunku Sokolich Gór, a docelowo końcowego miejsca czyli Olsztyna. Po jakimś czasie dochodzimy do ruin zamku Olsztyn i tam, w jego pobliżu chwilę przysiadamy oczekując autobusu do Częstochowy.

Jak widać to najdłuższy chyba nasz wpis, co świadczy o długości trasy…pięknej, atrakcyjnej trasy. Znając życie powrócimy nie raz w te rejony, co zaowocuje kolejnymi wpisami…Zachęcamy, zapraszamy 🙂

Poraj ->Dębowiec -> Olsztyn

Nadszedł wrzesień, nadchodzą również jesienne klimaty, więc wybraliśmy się na „lajtową” wycieczkę lasami, głównie w poszukiwaniu grzybów, ale też po to, by odetchnąć od miejskiego zgiełku. Pogoda cudownie dopisała, a my wyruszywszy z Dworca PKP z Poraja k/Częstochowy, rozpoczęliśmy naszą wędrówkę żółtym szlakiem. Zaciszną ulicą Ogrodową doszliśmy do Stadniny „Leśny Konik” za którą zaraz rozpoczynają się leśne ścieżki. 

Szliśmy, szliśmy, doszliśmy do leśniczówki w Dębowcu – małej wsi w gminie Poraj, warto zaznaczyć że na niedalekich polach Dębowca i Choronia 2 września 1939 roku rozegrała się bitwa między Niemcami a 74 Górnośląskim Pułkiem Piechoty.

Fotografując różne okazy grzybów zarówno tych niejadalnych jak i jadalnych, które udało nam się napotkać, szliśmy sobie dalej, minęliśmy piękne zagony gryki, zrobiliśmy mały odpoczynek z chwilą na kanapki i napoje, po czym ruszyliśmy dalej.

Lasy w tych okolicach są naprawdę piękne, choć niestety już dewastowane. Wiele drzew się teraz wycina, gałęzi nie sprząta, wszystko leży i usycha. Żal, bo przecież ten cały chaos niszczy mikroklimat i florę lasu. Nie wiemy, jak będzie za parę lat, bo lasy po prostu „giną” w oczach. Staraliśmy się jednak skupić na tych nienaruszonych jeszcze terenach dochodząc powoli do pasma Sokolich Gór.

Zbiory grzybów okazały się dość spore, choć jeszcze nie takie o jakich marzyliśmy. Zwieńczyliśmy nasz dzień odpoczynkiem standardowo na olsztyńskich skałkach. Najpierw chwilka na Lipówkach, potem w okolicy Skał Słonecznych, które okazały się być świetnym punktem widokowym oraz idealnym miejscem, gdzie można posiedzieć obserwując wspinaczy, popatrzeć na jesienną już grę świateł. Polecamy serdecznie te okolice.

zdjęcia: weekendnaszlakublog

Sokole Góry ->Olsztyn

W ostatni weekend postanowiliśmy wybrać się na „lajtową” wycieczkę w jurajskie okolice Częstochowy. Podmiejskim autobusem nr 67 z Częstochowy w kierunku Biskupic, dojechaliśmy do przystanku przy parkingu gdzie zaczynają się Sokole Góry. Szliśmy sobie fajnym leśnym duktem, mijając po drodze Sokolą Górę, skałkę Pielgrzym i inne skalne formacje, które kusiły nas, by po raz kolejny połazić wkoło nich i popstrykać fotki. 

Pogoda była w sam raz na takie łażenie. Wiał chłodny i rześki wiaterek i choć słońce ciężko przebijało się przez chmury, to po wyjściu z lasu udało nam się uchwycić parę ładnych widoczków, czy to z chmurami czy bez. Ulubioną ścieżką wśród pól i łąk dotarliśmy do olsztyńskiego wzgórza zamkowego.

W niedzielę pierwszy raz od 15 lat odbywał się Turniej o szablę Starosty Olsztyńskiego. Hucznie miało być (owszem kilka razy z armatek strzelono), miała być „widowiskowa parada, inscenizacja szturmu zamku, pokazy konne, średniowieczne rzemiosło, tańce – to tylko niektóre z licznych atrakcji towarzyszących Obronie zamku Olsztyńskiemu” – tak zapowiadał plakat. Odbyło się to wszystko mniej hucznie, przyjechało raptem kilku (5-ciu chyba) wojów na koniach (ciągle nazywano ich „husarzami”, co nas dość irytowało, bo z husarią niewiele wspólnego mieli). Trochę pokłusowali, trochę pomachali szabelkami przecinając w locie prawie że, arbuza na kiju. Nie zachwyciło nas to, na bitwę o 19-stej już nie zostaliśmy. Zniechęciła nas również ochrona imprezy, która usilnie starała się wyszukiwać wśród ludzi, tych bez biletów (opaski na ręce), które to chcąc nie chcąc zakupić musieliśmy (10zł na głowę). Czy było warto? Niekoniecznie, przynajmniej teraz wiemy, że nie ma się co napalać na takie imprezy. Poniżej mała fotogaleria.

Wolimy jednak Olsztyn spokojniejszy, bez tłumów,  z urokliwymi widokami… Wtedy faktycznie możemy odpocząć. Zgiełk i tłum temu nie sprzyjają. 

DSCN8398DSCN8413DSCN839420668726_1443362189076418_412515525_n

zdjęcia: weekendnaszlakublog.wordpress.com

„Pętelka”: Podzamcze – Bzów – Karlin – Podzamcze

Piękny to był dzień…aczkolwiek nie zanosiło się, bo to święto było, a zatem problemy z komunikacją, czyli, czym tam dojechać i czy w ogóle…

Tym razem wymyśliliśmy sobie trasę – „pętelkę” w znane nam dobrze rejony, częściowo już opisane na naszym blogu.

Z Zawiercia (i tu był wspomniany w tytule problem) busem dotarliśmy do Podzamcza, skąd czerwonym, rowerowym szlakiem podążyliśmy w stronę miejscowości Bzów. Asfaltowa droga prowadziła pomiędzy łąkami, polami i lasami co o tej porze roku gwarantowało przepiękne wrażenia wzrokowe. Łąki, polne kwiaty, drzewa…wszystko w rozkwicie, „kakofonia” kolorów, bajkowy świat…

DSC08588DSC08592DSC08589DSC08587

 

Pierwszym, konkretnym miejscem na szlaku była miejscowość Bzów, wsi spokojna urokliwie położona wśród pól i kolorowych łąk z wyraźnym jurajskim akcentem. W centrum wsi skręcamy w polną aczkolwiek asfaltową już drogę w kierunku Karlina. Wciąż towarzyszą nam przepiękne widoki, pola łąki w rozkwicie oraz górujący na wzgórzu nad  wsią, efektowny, malowniczy ostaniec skalny zwany „Skałą Rzędową”.

Chwila odpoczynku pod wspomnianą skałą w towarzystwie miłośników wspinaczki skałkowej, kilka fotek i idziemy dalej…wspomnianą asfaltową drogą w kierunku Karlina – wsi, przysiółka Zawiercia. W pewnym jednak miejscu zbaczamy z wygodnej drogi i odbijamy w polno – leśną dróżkę. Celem naszym jest odnalezienie skałki oznaczonej na mapie jako „Biały Kamień”. Nie było to trudne zadanie bowiem ostaniec leży przy samej drodze. Piękna, efektowna to skała jednak jej walory widokowe, skutecznie zakrywają krzaki i drzewa. Skała jest znana i odwiedzana przez wspinaczy skałkowych i dzięki nim to waśnie część krzaków jest wycięta przez co coś można jeszcze tam zobaczyć. Warto wdrapać się na szczyt (co kosztuje troszkę wysiłku) i zaliczyć widoki na okolicę, przy okazji pstryknąć kilka fotek…

DSC08601DSC08603DSC08608DSC08613DSC08614DSC08615

Daleka droga przed nami…zatem długo nie siedzimy przy wspomnianej skale „Biały Kamień” i idziemy dalej. Polna drogą po kilkuset metrach dochodzimy do centrum wsi Karlin, pięknie położonej miejscowości będącej obecnie administracyjnie częścią Zawiercia.

DSC08616DSCN5459DSCN5467

Miejscem naszym, docelowym w tejże miejscowości był wybitny, bardzo efektowny ostaniec „Skała nad wsią”. Wdrapaliśmy się na szczyt skały skąd roztaczają się piękne widoki na wieś i okolice…spędziliśmy tam dłuższą chwilę, a to odpoczywając, a to posilając się oraz robiąc dużo fotek.

 

Pięknie tam…aż nie chce się odchodzić a jednak trzeba czas upływa nie ubłagalnie, a droga jeszcze daleka. Schodzimy ze skały i z centrum wsi ruszamy czerwonym, pieszym szlakiem w kierunku Podzamcza najpierw drogą asfaltową a po jakimś czasie leśną, piaszczystą co przy sporym upale kosztowało nas sporo wysiłku… ale piękne okoliczności przyrody odpłaciły nam ten trud.

 

DSC08643DSC08644

DSCN7721

DSCN7725DSC08648

Po kilku kilometrach ostrego marszu docieramy w rejon Podzamcza, miejscowości z której wyruszyliśmy. Wracamy jednak z inne strony przechodząc obok góry Birów, o której wspomnimy innym razem. Upał i trud dał się mocno odczuć…już na nic ochoty i sił..byle dojść pod zamek „Ogrodzieniec” (o którym co jakiś czas wspominamy w innych wpisach) i dłużej odsapnąć. Tradycyjnie robimy sobie w okolicach ruin dłuższy odpoczynek połączony z małym co nieco – posiłkiem 😉

Czekając na powrotny bus do Zawiercia spędziliśmy dłuższą chwilę nie bezpośrednio przy zamku a na niepozornej może skałce, z której jednak delektować można się przepięknymi widokami na okolicę, zwłaszcza, że pogoda sprzyjała…

DSC08653DSC08654DSC08657DSC08658DSC08660DSC08661DSC08663DSC08667

W tychże pięknych okolicznościach przyrody szybko czas nam minął…czas wracać do blokowiska…Wrócimy tam jeszcze nie raz nie dwa…coś tam bowiem umknęło nam po drodze 😉

Tradycyjnie polecamy, zachęcamy do odwiedzenia miejsc, tras, którymi my podążamy 🙂

zdjęcia: weekendnaszlakublog