Wiesiółka – Wysoka – Ciągowice – Łazy

Nasza ostatnia wycieczka to ostatni dzień sierpnia. Kolejny upalny dzień, który spędziliśmy na szlaku. Wydawało się, że nie będzie to „hardkorowy” pieszy wypad, ale jednak okazało się, że jest jak zawsze, czyli mnóstwo kilometrów w butach, błąkanie po wydawałoby się prostej trasie, hektolitry wylanego potu. Ale nic to. Wtedy się czuje, że żyje i już! Tym razem, pojechaliśmy pociągiem do wsi Wiesiółka, to kolejna stacja PKP za Łazami jadąc od strony Częstochowy. Przywitał nas czyściutki i schludny peron i miłe sielskie klimaty.

Idąc ulicami Starorynkową, potem Henryka Pobożnego, koło placu zabaw skręciliśmy w Studzienną i już właściwie znaleźliśmy się nieopodal lokalnego kościoła i charakterystycznych „bloków”

Już tędy zmierza się prosto w stronę wsi Wysoka, gdzie mieści się nieczynny kamieniołom. Od strony Wysokiej trzeba zrobić spore koło, by znaleźć się na punkcie widokowym, ale to dobrze, bo przy okazji udało nam się zobaczyć ruiny starego transformatora. Wieża transformatora znajduje się na odkrytym terenie skąd rozpościerają się okoliczne panoramy.

Kamieniołom „Wysoka” okazał się bardzo rozległy, mocno zadrzewiony, ale piękny. Odpoczęliśmy chwilę podziwiając pobliskie widoki.

Nasze poszukiwania ruin klasycystycznego pałacu szlacheckiego, wybudowanego w roku 1825 w Wysokiej nie powiodły się, byliśmy dosłownie o krok, parę metrów (!!!) od tego miejsca błądząc po zarośniętych chaszczach, ale widocznie tego dnia, nie było nam dane tam dojść. Mocno zarośnięte i tajemnicze miejsce, kompletnie niewidoczne z drogi, co zaprzeczało temu, co mówili nam miejscowi. No ale… mamy powód, by wrócić do Wysokiej ponownie. Jak to mówią, nic straconego, lepiej później niż wcale.

Wyszliśmy ze wsi ulicą Kościuszki, która przechodzi następnie w ulicę Górną i udaliśmy się do kolejnej wsi o nazwie Ciągowice. Z drogi widać było już górujący kościół św. Bartłomieja Apostoła.

Stromym podejściem dotarliśmy do wzgórza na którym stoi tenże kościół. Skromny, ale urokliwy, obok stary budynek plebanii, a nieopodal odpust ze straganami, które przypomniały nam nasze dzieciństwo. No kto nie pamięta obwarzanków?

Nieopodal kościoła, przy ulicy Sienkiewicza z kolei, naprzeciw remizy, znajduje się zaniedbany, zarośnięty teren z ruinami dworku z XVII-XVIII wieku. Wszystko jest zagrodzone i oznaczone „terenem prywatnym”, ale dało się wejść, choć nie było to zbyt bezpieczne, bo tam wszystko już zawalone, belki stropowe na ziemi, niszczejące mury, drewniane piękne kolumny, stare piwnice, które nie wiadomo co kryją. Kiedyś musiało to pięknie wyglądać, ale teraz naprawdę żal, że to w takim opłakanym stanie. Niemniej jednak, udało nam się popstrykać trochę fotek na pamiątkę, bo kto wie, co będzie z tym za kilka miesięcy, czy lat…. Widać, że była to ogromna posiadłość, sporo budynków gospodarczych, gorzelnia etc.

Z Ciągowic szlakiem zielonym, już prowadzącym prosto do Łaz, udaliśmy się w drogę powrotną. Po drodze wstąpiliśmy na miejscowy cmentarz.

Sama droga powrotna początkowo dość męcząca, bo szlak prowadzi ruchliwą szosą, ale potem odbija w lewo w las. Mimo upału, zrobiło się przyjemniej, a przede wszystkim ciszej, bo nie musieliśmy słuchać przejeżdżających samochodów.

Tym szlakiem doszliśmy już prosto do miejscowości Łazy, gdzie chwilę odpoczęliśmy, spacerując po niewielkim centrum.

Ostatnie godziny przed odjazdem pociągu spędziliśmy nad zalewem „Mitręga”, który jest położony całkiem niedaleko od dworca, choć biorąc pod uwagę, że Łazy są dość rozległe, to jednak kawałek się tam idzie. Siedzenie nad tym zalewem i gapienie się na wodę, łabędzie i kaczki sprawiło, że naprawdę odpoczęliśmy.

Sama wycieczka była bardzo udana, mimo męczącego skwaru i duchoty. Zobaczyliśmy to, co chcieliśmy, a to czego nie znaleźliśmy zostawiamy na następny raz. Polecamy te rejony! Wszędzie można zobaczyć coś ciekawego, nawet jeśli jest to malutka wioska. No i zwiedzanie na piechotę jest chyba najlepsze z możliwych sposobów.

zdjęcia: weekendnaszlakublog

Kroczyce – Podlesice : „Góra Kołoczek” i „Góra Zborów”.

Dawno nie było wpisów na blogu, ale wreszcie nadszedł czas na nadrobienie zaległości. Dzisiaj cofniemy się do 14-go sierpnia, kiedy to udaliśmy się do Kroczyc, niewielkiej gminy w powiecie zawierciańskim. Kiedy wysiedliśmy z busa, pierwszym obiektem, jaki nas zaciekawił był kościół św. Jacka i św. Marii Magdaleny, do którego nie omieszkaliśmy wejść. Słyszeliśmy o tym, że wewnątrz jest ciekawy ołtarz zbudowany w kształcie groty w Lourdes. I faktycznie, robi wrażenie, a materiałem, który posłużył do budowy tej groty był kalcyt z miejscowych skał. Na pewno warto zwiedzić ten kościół, będąc w Kroczycach. Oto kilka fotek ze środka i z zewnątrz.

Na terenie kościoła rośnie pomnik przyrody, prawie 500-letnia lipa.

W Kroczycach znajdują się również urokliwe skałki, jedne przy lokalnym kąpielisku, które tym razem, ze względu na pandemię, było zamknięte, niemniej jednak obok jest niewielki zalew, który raczej do kąpania nie służy.

Drugi teren ze skałkami znaleźliśmy idąc tuż obok Urzędu Gminy, tuż przy granicy Kroczyc. To niewielkie wzgórze, które warto kiedyś jeszcze odwiedzić, choć skałki tam są niewielkie.

Prosto z Kroczyc udaliśmy się szlakiem w stronę Podlesic, w kierunku wzgórza o nazwie „Góra Kołaczyk”, przez wspinaczy nazywana również „Górą Kołoczek”. To wzgórze nie jest typowym wzgórzem widokowym, jak wspomniana wcześniej „Góra Zborów”. Jest zalesione, ale za to usiane imponującymi skałami, które znane są w środowisku wspinaczkowym, zarówno ze swoich wysokości, jak i ilości dróg wspinaczkowych (jest tu ich około 250) i kształtów. A te bywają naprawdę niezwykłe. Pierwszą, robiącą ogromne wrażenie skałą (tu znajduje się jaskinia „Berkowa”) jest skała „Kazerma” z imponującym okapem.

Idąc dalej ścieżką, naszym oczom ukazywały się coraz to inne skały. Nie będziemy tu wdawać się w ich nazewnictwo, bo takowe możecie znaleźć na jurajskich stronach topo dla wspinaczy. Wystarczy, że powiemy, że obeszliśmy „Górę Kołoczek” praktycznie całą, wokół, podziwiając te formacje skalne i zachwycając się nimi. W kilku miejscach chwilę posiedzieliśmy, patrząc na wspinających się, a i też po to, by nasycić oczy. Patrzcie sami, jakie to są mega genialne miejsca:

Dalej, właściwie już rzut beretem od „Góry Kołoczek” znajduje się „Góra Zborów” znana z rozpościerających się z niej malowniczych widoków i ostańców skalnych. Wysokość wzgórza to 467 m n.p.m. troszkę tam pospacerowaliśmy, porobiliśmy zdjęcia, bo nie ukrywajmy, to piękna miejscówka, mimo iż bywa zatłoczona.

Jako, że było bardzo gorąco, to po pewnym czasie byliśmy zmuszeni poszukać jakiegoś zacienionego miejsca do odpoczynku i ochłonięcia. Udało nam się znaleźć coś pod drzewkiem, skąd mieliśmy cudowne widoki i fajny chłodek. Przyjemnie się tam siedziało.

Zbliżał się niestety czas powrotu i zmuszeni byliśmy już udać się na pobliski przystanek busa do Zawiercia. Tak więc, zaczęliśmy się zbierać, a schodząc z „Góry Zborów” minęliśmy jeszcze skałę z tablicą upamiętniającą zwycięską zasadzkę Batalionów Chłopskich i AK na samochodową kolumnę Wermachtu. Historia odcisnęła piętno wszędzie, słynny „słup” na „Górze Zborów”, przy którym każdy robi zdjęcia to wszak hitlerowska wieżyczka triangulacyjna. Warto też zastanowić się, co kiedyś działo się w tych miejscach…

Polecamy tę trasę i te miejsca. Warto. A już niebawem opis zupełnie innego rejonu, jaki odwiedziliśmy. Zapraszamy!

zdjęcia: weekendnaszlakublog

trasa Olsztyn – Przymiłowice Kotysów – Zrębice – Olsztyn

Kolejną wycieczkę rozpoczęliśmy w jurajskim Olsztynie koło Częstochowy. Wysiedliśmy z podmiejskiego autobusu na rynku i od razu skierowaliśmy się w stronę kompleksu skalnego „Grupa Dziewicy” po lewej stronie wzgórza zamkowego, które jak widać na poniższych zdjęciach prezentowało się cudnie w całej swojej, zielonej krasie.

„Grupa Dziewicy” słynie z wielu dróg wspinaczkowych na okazałych skałach. 

Tłumów tym razem nie było, nacieszyliśmy oczy widokami i ruszyliśmy dalej ukwieconymi terenami, leśną drogą w kierunku Przymiłowic.

I oto dotarliśmy. Przymiłowice to niewielka wieś, gdzie znajduje się kilka poniemieckich schronów, ale nie o nich tym razem… My, doszliśmy do jej południowej części – Kotysów, tam przeszliśmy kawałek ulicą Sokolą, przy której znajduje się murowana kapliczka zbudowana przez mieszkańców wsi w 1907 r., aby następnie udać się w kierunku Zrębic. 

Odkryliśmy przy okazji kilka niewielkich skałek w pobliskim lesie, co oczywiście wprawiło nas w bardzo dobry nastrój, bo co jak co, ale skałki, to my bardzo lubimy 🙂 Niektóre z tych skałek wcale nie były takie małe! ale też nie na tyle duże, by nadawały się do wspinaczki. Spenetrowaliśmy teren, bardzo nam się tam podobało.

Kolejnym etapem naszej wycieczki był „hardkor” przez łąki i pola, który dał nam mocno w kość, słońce dawało czadu, nogi się plątały, bujna roślinność pod stopami nie pozwalała na swobodny marsz, widoczne na zdjęciach ścieżki, tylko mijaliśmy. Brnęliśmy na przestrzał.

Niemniej jednak po trudzie i znoju, pocie wylanym z wszystkich chyba partii ciała dotarliśmy do przepięknego miejsca. To niewielkie wzgórze graniczące z prywatnymi działkami, na którym odkryliśmy jeszcze kilka skałek i ładny punkt widokowy z panoramą na „Skałki św. Idziego” oraz na Rezerwat „Sokole Góry”. Tu zrobiliśmy sobie dłuższy odpoczynek, chłonąc widoki, podziwiając letnią roślinność, ciesząc się cieniem i posilając nieco.

No ale, czas gonił. Ruszyliśmy dalej. Tym razem miedzą, ścieżką przez pola, w stronę „Skałek św. Idziego”. Trochę znów się umęczyliśmy, żeby dotrzeć do nich, ale udało się 🙂 Skałki okazały się już mocno zarośnięte, ale i tak są piękne. 

Dalej lasem, dotarliśmy do kolejnego kompleksu skalnego należącego do „Skałek św. Idziego”. Tam też pobuszowaliśmy odkrywając piękne ostańce skryte w leśnych ostępach, aż wybałuszaliśmy oczy z wrażenia.

Powoli zbliżaliśmy się już do końca naszej wędrówki. Pozostało nam jeszcze wrócić z powrotem do Olsztyna, zatem udaliśmy się w stronę Rezerwatu „Sokole Góry”, by od strony wzgórza „Knieja” dotrzeć do celu. Na samą „Knieję” zabrakło nam już sił i czasu, ale na pewno tam jeszcze pojedziemy, bo to miejsce warte odwiedzenia.

Udało nam się znależć żółty szlak, którym wyszliśmy od strony skały „Szafa”.

Jeszcze rzut oka na wzgórze zamkowe, spacer do cetrum na szybkie lody i powrót do Częstochowy podmiejskim busem. Świetna wyprawa. Miało być „lajtowo”, wyszło jak zawsze z „hardkorem”, ale już tęsknimy. Polecamy takie piesze trasy, to ogromna frajda obserwować, jak zmienia się teren, podziwiać naturę, bujne łąki, pola tuż przed żniwami, słuchać ptaków… To po prostu odpoczynek. Paradoksalnie, mimo ogromnego zmęczenia fizycznego.

zdjęcia : wekendnaszlakublog

Poraj – Choroń – Biskupice – Olsztyn

Sytuacja ogólna jaka była, każdy wie. Kwarantanna, zakazy, nakazy nie pozwalały wiosną wypuścić się gdzieś dalej na szlak. Nie jesteśmy zmotoryzowani, a komunikacja publiczna była mocno ograniczona. To oczywiście nas mocno irytowało, ale cóż, no jakoś dotrwaliśmy do poluzowania obostrzeń i wreszcie, w czerwcu wyruszyliśmy na szlak. Hurra! Można było nareszcie poczuć wiatr we włosach, przestrzeń i wolność, sprawić, że nasze zmęczone szare komórki wreszcie odżyły na tle przepięknej, zielonej i już letniej przyrody.

Rozpoczęliśmy naszą wycieczkę w Poraju. Peron dworcowy zaliczony, zatem ruszyliśmy żółtym szlakiem, ulicą Chorońską w stronę Choronia właśnie. Fajna, sympatyczna trasa, zresztą… jakakolwiek by nie była, to i tak uśmiech nam z twarzy nie schodził. 

Leśne dróżki poprowadziły nas prosto do Choronia, który położony na wzgórzu oferuje przepiękne widoki, ale o widokach później, skierowaliśmy się drogą w stronę miejscowej szkoły, by zobaczyć Aleję Lipową. 

Rozłożyste, pachnące lipy, wręcz brzęczące od owadów zrobiły na nas wrażenie. Jako, że na końcu tej alei jest mała altanka, chwilkę posiedzieliśmy tam, podziwiając właśnie, wspomniane wcześniej, okoliczne widoki.

Po krótkim odpoczynku ruszyliśmy dalej w stronę szosy, ale zboczyliśmy nieco, bo naszym oczom ukazało się przepiękne makowo-zbożowe pole, gdzie oczywiście przepadliśmy fotografując przyrodę raz po raz.

Nacieszeni polnymi panoramami, przeszliśmy kawałek szosą i natrafiliśmy na kamieniołom Gawrona z ruinami wapiennika. Warto dodać, że choćby wikipedia, podaje, iż w Choroniu „były duże złoża kamienia wapiennego, ale też i torfu. Funkcjonowały tu zakłady przemysłowe: gorzelnia oraz 5 młynów. Ludność miejscowa trudniła się rolnictwem oraz wyrobem płótna”. To wszystko nas bardzo ciekawi, zawsze staramy się wyłuskiwać takie detale z naszych wypraw.

Miejscowość Choroń ma metrykę średniowieczną i założona została w początku XIV wieku na prawie polskim. Znajduje się w niej m.in. Mały Klasztor Orientale Lumen oraz Wspólnota Małych Braci i Małych Sióstr Baranka. Przechodziliśmy później obok tych miejsc, a także obok cmentarza, kierując się w stronę jurajskiego Olsztyna.